Promocja kuchni polskiej w Tajlandii

Od 24 do 29 kwietnia 2017 roku na zaproszenie Ambasady RP w Bangkoku będę miała przyjemność promować kuchnię polską w Tajlandii. W planach spotkania ze studentami Chulalongkorn University poświęcone historii kuchni polskiej, a także polskim tradycjom wielkanocnym. Uzupełnieniem wykładów będą warsztaty kulinarne oraz zdobienie pisanek. W ramach działań planowane jest również wspólne przygotowywanie śniadania wielkanocnego z dziennikarzami oraz blogerami kulinarnymi. W świątecznym menu znajdzie się zupa chrzanowa, jajka faszerowane, lekka sałatka z olejem lnianym i obowiązkowo słodkie mazurki. Promocja polskiej kultury kulinarnej odbędzie się w ramach Polish Arts and Culture Week.

Od 19 kwietnia zapraszam do śledzenia migawek z Tajlandii na Instagramie.

Książka kuchnia tajska, Fot. Hanami

Świeradów Zdrój kulinarnie

Ferie skończyły się w całej Polsce ponad miesiąc temu. A jak były ferie, to i wyjazdy w polskie góry. Od dłuższego czasu podróżując po kraju, zwłaszcza miejscowościach turystycznych mam problem z jedzeniem. Nie chodzi o to, że nie ma lokali gastronomicznych. Większą bolączką jest wybór dań i jakość serwowanego jedzenia. Niestety w Świeradowie Zdrój było podobnie. Piersi z kurczaka z przyprawą o smaku kebaba, świeżutkie ryby w panierce do ryby, rozgotowane kluski śląskie oraz pizza z frytkami. Dużo lepiej można było zjeść w restauracji greckiej czy orientalnej niż polskiej. Zdarzyło mi się trafić na całkiem przyzwoitą kaczkę, ale już pączka w Tłusty Czwartek nie zjadłam, gdyż wszędzie (tam gdzie pytałam) dostępne były jedynie wyroby pączkopodobne. Mam nadzieje, że jeszcze kiedyś nadejdą czasy, kiedy w małych miejscowościach turystycznych będzie można zjeść pyszną regionalną kuchnię.

Świeradów Zdrój, Fot. HanamiŚwieradów Zdrój, Fot. HanamiŚwieradów Zdrój, Fot. Hanami

Świętokrzyskie kulinarnie

Na początku lipca miałam okazję trochę pojeździć po Polsce. Wypad skupił się głównie na Województwie Świętokrzyskim. Niestety mimo ciekawych miejsc do zwiedzania, kulinarnie było rozczarowująco. Dużym minusem wyjazdu były hotelowe śniadania, których typ żartobliwie określam „rogiem obfitości”. Skąd ta nazwa? No więc wywodzi się ona ze złudnego pierwszego wrażenia. Człowiek wchodzi na salę i widzi długie zastawione stoły pełne produktów wszelakich. Niestety po zapoznaniu się z ofertą okazuje się, że niewiele z nich miałabym ochotę zjeść. Nie muszę mieć dużego wyboru podczas pierwszego posiłku, wystarczy jeśli produkty są dobrze dobrane i świeże. Często wystarczy mi przysłowiowa bułka z masłem i porządna kawa z mlekiem.

Z lunchami i obiadami też nie było najlepiej. Na pierwszy ogień poszła restauracja Żmigród z Opatowa. To jeden z lepszych lokali w mieście o bardzo rozbudowanym menu, w którym można znaleźć dania kuchni polskiej, międzynarodowej, kebab i chyba nawet pizze. Ja szukałam czegoś lokalnego, więc moją uwagę przykuła pierwsza strona prezentująca dania oznaczone znakiem Dziedzictwo Kulinarne. Wybrałam pierogi z kaszą jaglaną, lokalne zrazy, rosół oraz sałatkę Żmigród. Sałatka była świeża i ciekawa w smaku, ale strasznie tłusta. Pierwszy raz jadłam pierogi z kaszą jaglaną i uważam to za godne polecenia połączenie. Zaś element zaskoczenia w przypadku zrazów polegał na tym, że w środku była także musztarda. Jedzenie było poprawne, obsługa sprawna.

Nie wiem, co mnie podkusiło by w Bałtowie zjeść w zajeździe Pod Czarcią Stopką. Zamawiam pomidorową, sałatkę z kurczakiem i grzankami oraz placek ziemniaczany z gulaszem mięsnym. Pomidorowa przychodzi ze zważoną śmietaną (na zewnątrz upał). Kiedy proszę o zupę bez śmietany okazuje się, że nie ma takiej możliwości. Zamieniam zatem pomidorową na rosół (kolejny dzień z rosołem). Placek i sałatka są bardzo średnie. Zamiast domowych grzanek dostaję bułkę z masłem ziołowym, którą można kupić w większości marketów.

Trzeciego dnia przychodzi ratunek. W malutkiej kawiarence w Opactwie w Wąchącku zjadam porcję przepysznych pierogów mnicha (wariacja na temat pierogów ruskich). Lekkie, świeże, smaczne i w bardzo przystępnej cenie. Serwuje je miła, uśmiechnięta pani, która nie umie zrozumieć, jak można trafić na niesmaczne jedzenie. Całą rozmowę kwituje zdaniem: Ale jak może być niedobre, jak się na świeżo codziennie przygotowuje! Szkoda, że nie załapałam się na domowe ciasto. Na pocieszenie dostaję gratis duży talerz pachnących ciasteczek, które można także kupić na prezent. Smakowo o niebo lepsze od opatowskich krówek.

Sałatka, restauracja Żmigród, Opatów

Sałatka, restauracja Żmigród, Opatów


Zrazy, restauracja Żmigród, Opatów

Zrazy, restauracja Żmigród, Opatów


Pierogi z kaszą jaglaną, restauracja Żmigród, Opatów

Pierogi z kaszą jaglaną, restauracja Żmigród, Opatów


Rosół, zajazd Pod Czarcią Stopką, Bałtów

Rosół, zajazd Pod Czarcią Stopką, Bałtów


Sałatka z kurczakiem, zajazd Pod Czarcią Stopką, Bałtów

Sałatka z kurczakiem, zajazd Pod Czarcią Stopką, Bałtów


Placek ziemniaczany, zajazd Pod Czarcią Stopką, Bałtów

Placek ziemniaczany, zajazd Pod Czarcią Stopką, Bałtów


Pierogi mnicha, kawiarnia w Opactwie w Wąchącku

Pierogi mnicha, kawiarnia w Opactwie w Wąchącku


Ciasteczka, kawiarnia w Opactwie w Wąchącku

Ciasteczka, kawiarnia w Opactwie w Wąchącku

Iłża, Opatów, Bałtów, Ćmielów i Wąchock – krótki wyjazd wakacyjny

Lubię krótkie wyjazdy w Polskę. Szukam nowych miejsc, ruin zamków, lokalizacji urzekających pięknem przyrody oraz dobrego jedzenia (o jedzeniu będzie jeszcze oddzielny wpis). Tym razem przeważały ruiny oraz opactwa. Pogoda trafiła się świetna. Na początek wyprawy Iłża, a w niej ruiny gotycko-renesansowego zamku biskupów. Budowa zamku rozpoczęła się na początku XIV wieku. Na przestrzeni lat kompleks wielokrotnie przebudowywano. Miejsce zaczęło podupadać pod koniec XIX wieku. Dziś dla zwiedzających udostępniona jest wieża, z której widać panoramę okolicy oraz ruiny wraz z fragmentem murów obronnych. Odbywają się tam także turnieje rycerskie. Z samą miejscowością związana jest legenda o złej teściowej, która tak bardzo nie lubiła swojej synowej, że zamieniła ją w kaczkę i zamknęła w głębokiej studni. Dziewczyna wypłakała sobie drogę ucieczki, a dzięki niebiańskiej pomocy wróciła do własnej postaci. Okrutna kobieta dowiedziawszy się o tym, uciekła pod postacią czarnego ptaka. Jej włości zaś rozpadły się w pył.

Kolejnym punktem programu był Opatów. Początki osadnictwa w tym regionie sięgają około X wieku. Miasto rozwijało się dynamicznie, kwitł handel, odbywały się taż tam sejmiki województwa sandomierskiego. Odwiedzając Opatów warto zajrzeć do romańskiej kolegiaty św. Marcina, której budowę rozpoczęto w XIII wieku. Turystów przyciąga też podziemna, ponad 500 metrowa trasa przebiegająca pod miastem. Powstała ona z połączenia trzech kondygnacji piwnic.

W Świętokrzyskim czekają nie tylko zabytki architektury i piękne widoki. Znajdzie się też coś dla miłośników dinozaurów. W Bałtowskim Kompleksie Turystycznym mieści się park prehistoryczny z modelami (naturalnej wielkości) gadów kopalnych i dinozaurów oraz trójwymiarowym akwarium. Uzupełnienie stanowi park rozrywki, zwierzyniec oraz wioska czarownic. Można też udać się na spacer Żydowskim Jarem – lessowy wąwozem, w którym znaleziono ślady dryomorfonów.

Ćmielów kojarzy się przede wszystkim z porcelaną. Mieści się tu Żywe Muzeum Porcelany organizujące poza zwiedzaniem również warsztaty oraz wystawy. W miejscowości są ponadto ruiny zamku magnackiego z XIV wieku. Niestety trudno się do nich dostać, gdyż teren jest zarośnięty. W Świętokrzyskim znajduje się miejscowość słynąca z kawałów. Wąchock, oczywiście poza sołtysem, znany jest z klasztoru cysterskiego z XII wieku. Na terenie przybytku mieści się malutkie muzeum patriotyczne oraz sad z ogrodem. Warto zajrzeć do kawiarni serwującej smaczne pierogi i wypiekane na miejscu ciasta oraz ciasteczka.

Zamek w Iłży, Fot. Hanami

Zamek w Iłży

Kolegiata św. Marcina, Fot. Hanami

Kolegiata św. Marcina, Opatów

Park Dinozaurów, Bałtów, Fot. Hanami

Park Dinozaurów, Bałtów

Ruiny zamku magnackiego, Ćmielów, Fot. Hanami

Ruiny zamku magnackiego, Ćmielów

Zespół kościelno-klasztorny cystersów, Wąchock

Zespół kościelno-klasztorny cystersów, Wąchock

Beijing Cookbook Fair, gala Gourmand World Cookbook Awards i badania nad kulturą kulinarną w Korei

Oficjalny plakat Beijin Cookbook Fair 2014

Oficjalny plakat Beijin Cookbook Fair 2014

Już za trzy tygodnie rozpoczną się Beijing World Cookbook Fair 2014, międzynarodowe pekińskie targi wydawnictw kulinarnych. Portale kulinarne, programy telewizyjne, ale przede wszystkim książki kulinarne zawładną dzielnicą Daxing.

Od 19 do 21 maja planowane są spotkania, degustacje, prezentacje, pokazy, panele oraz konferencje przeznaczone zarówno dla specjalistów z branży, jak i zwiedzających. Podczas targów zostaną rozdane też nagrody Gourmand World Cookbook Awards za rok 2013. Nagrody mają dla mnie szczególne znaczenie, gdyż moja książka Japońskie słodycze znalazła się w finałowej szóstce publikacji nominowanych w kategorii kuchnia japońska. W tegorocznej edycji konkursu wzięło udział kilkanaście tysięcy książek ze 187 krajów świata, więc udział w finach to dla mnie duże wyróżnienie.

Z okazji tego wydarzenia będę miała okazje pojechać na finał Gourmand World Cookbook Awards oraz przeprowadzić krótkie badania nad kulturą kulinarną Pekinu i Korei Południowej. O wyjeździe do Korei więcej napiszę więcej już niedługo, dziś natomiast kilka słów o badaniach w Pekinie. Wyjazd do Pekinu odbędzie się przy wsparciu Ambasady RP w Pekinie (bardzo dziękuję za pomoc). Najbardziej emocjonująco zapowiada się 20 maja. Tego dnia czeka mnie udział w targach, a także gala finałowa, podczas której zostaną rozdane nagrody. Zwieńczeniem wieczoru będzie uroczysta kolacja z jedzeniem w charakterystycznym dla Daxing. Niedawno zostałam też zaproszona przez organizatorów do wzięcia udziału, jako jeden z rozmówców, w panelu Sweets and pastries around the world (21 maja).

Jeśli chodzi o same badania to poza kuchnią Daxing jest wiele ciekawych zagadnień. Ze względu na ograniczenia czasowe nie jestem wstanie skupić się na wszystkim, co mnie interesuje, zatem na temat przewodni tego wyjazdu wybrałam pekiński street food. Z dodatkowych aspektów kulinarnych nie może zabraknąć kaczki po pekińsku czy makaronu zhajiangmian. Po powrocie na blogu pojawi się kilka postów poświęconych kuchni chińskiej i koreańskiej, zaś od 14 maja na profil facebookowy Kuchniokracji i Google+ będę wrzucała zdjęcia z wyjazdu.

ambrp_pekin

Brama Kluskowa we Wrocławiu

Na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu jest kościół św. Idziego (uznawany za najstarszy zachowany budynek we Wrocławiu). Arkada z cegieł łączy świątynię z kapitułą tworząc Bramę Kluskową. Ową bramę zdobi nieforemna, śmieszna kula, którą raczej nie wygląda, jak dobrze zaplanowany detal architektoniczny. Z kulistym obiektem związana jest pewna legenda opowiadająca o miłości do żony, zamiłowaniu do domowej kuchni oraz nieposkromionym apetycie.

Dawno, dawno temu w pobliskim Dąbiu mieszkał chłop, któremu zmarła ukochana żona. Poczciwa kobiet była mądra, dobra, piękna, a także znana z talentów kulinarnych. Przygotowywała najsmaczniejsze i najdelikatniejsze kluski śląskie w całej okolicy. Po jej przedwczesnej śmierci mężczyzna wybrał się pomodlić do Wrocławia. Zmęczony przycupnął przy kościele św. Idziego i przysnął. Tego dnia miał przedziwny sen. Objawiły mu się zastępy niebieskie, a w nich same uśmiechnięte duszyczki. Wszystkie duchy zjawy były rozradowane poza jego ukochaną żoną. Ogromy smutek oraz lamenty męża nie pozwoliły jej bowiem zaznać spokoju po śmierci. Żona pouczyła męża, nakazała porzucić smutki, a na pocieszenie zostawiła mu magiczny garnek z kluskami śląskimi. Chłop musiał jednak pamiętać o zostawianiu jednej kluski na noc, inaczej garnek nie wypełniłby się ponownie smakołykami. Wystraszony chłop ocknął się zlany potem. Ku zdziwieniu zobaczył przed sobą naczynie. Kuszący zapach oraz  głód zamroczyły go tak bardzo, że zapomniał o tym, co powiedziała mu żona. Gdy złapał ostatnią kluskę, ta zmieniła się w kamień, uniosła w górę i przywarła do bramy, zaś garnek już zawsze pozostał pusty.Brama Kluskowa, Fot. Hanami®

Śniadanie we Wrocławiu

Ostatnio miałam dłuższy wyjazd służbowy do Wrocławia, połączony ze spotkaniem o japońskich słodyczach (dziękuję wszystkim przybyłym za miły wieczór!) Niestety, nie było zbyt dużo czasu, aby pochodzić po mieście i stołować się w lokalnych restauracjach. W biegu wpadłam na wystawę Rodzina Brueghlów, arcydzieła malarstwa flamandzkiego, a w dniu samego odjazdu zjadłam śniadanie w modnej, jak mniemam po ilości ludzi, kawiarni Central Cafe (ul. św. Antoniego 10). Można tam oczywiście wypić kawę, przekąsić słodką bułkę, quiche, bajgla czy amerykańskie naleśniki. Miałam okazję spróbować bajgli i pancakes z owocami oraz masłem. Jedzenie było dobre, podane szybko.

Śniadanie we Wrocławiu, Fot. Hanami®

Śniadanie we Wrocławiu, Fot. Hanami®

Kuchnia Jury Krakowsko-Częstochowskiej

Zbliża się sezon wakacyjny, czas mniejszych i większych wypadów. Ja najbardziej lubię wyjazdy połączone z turystyką kulinarną. W sobotę wracając trasą katowicką ze spotkań o słodyczach japońskich, odkryłam dwa malownicze miejsca: Mirów i Bobolice. W obu z nich znajdują się zamki. W Mirowie ruiny (z połowy XIV wieku), w Bobolicach zamek odbudowany (z około 1350 roku). Budowle położone są w malowniczej scenerii lasów oraz skał stanowią świetną destynację dla amatorów spacerów czy przejażdżek rowerowych.

Z resztą to nie wszystkie atrakcje. Poszukiwacze regionalnych smaków też powinni być usatysfakcjonowani. W okolicy przygotowuje się pieczonki (inna nazwa prażonki). Przyrządza się je w dużych żeliwnych lub aluminiowych garnkach ustawionych nad ogniskiem. Wśród składników znajdziemy natomiast boczek, kiełbasę, buraki, ziemniaki, marchew czy cebulę. Ot, taka ciekawa alternatywa dla grilla. Jada się tu również tatarczuch – słodki chleb z mąki gryczanej. Słynie z niego miejscowość Żarki, gdzie od 1556 roku dzięki przyzwoleniu Zygmunta Augusta odbywają się jarmarki. Jest to ciemny, słodkawy chleb na drożdżach, z mąki gryczanej i dodatkiem mleka. Pozostaje on świeży nawet przez siedem dni. Trochę inny jest tatarczuch z Radomska oddalonego od Bobolic o około 65 km. Podania głoszą, że uprawę kaszy gryczanej w okolicach Radomska wprowadzili jeńcy tatarscy, którzy osiedli w regionie. W XVI wieku było już wielu kaszarzy, a ich żony słynęły z tatarczuchów z mąki gryczanej z pełnego przemiału i wypiekanych w piecach ceglanych. Pobliska Gmina Lelów słynie z ciulima lelowskiego – potrawy inspirowanej kuchnią żydowską. W XVIII wieku Leków był ważnym ośrodkiem chasydyzmu, który zabrania wykonywania w czasie świąt wszelkich prac, w tym również gotowania. Z czasem mieszkańcy Lelowa zaczęli przygotowywać potrawę wzorowaną na żydowskim czulencie, ale z dodatkiem mięsa wieprzowego, a dokładniej żeberek. Wszystkim, którzy mieliby ochotę przygotować to danie w domu polecam przepis ze strony Gminy Lelów. Okolice Bobolic słyną również z potraw z pstrągiem oraz soku z czarnego bzu.

Zamek Bobolice, Hanami®

Zamek Bobolice, Fot. Hanami®

Zamek Mirów, Hanami®

Zamek Mirów, Fot. Hanami®

Piękno okolicznej przyrody, Hanami®

Piękno okolicznej przyrody, Fot. Hanami®

Piękno okolicznej przyrody, Hanami®

Piękno okolicznej przyrody, Fot. Hanami®